Mnisi z Angkor Wat

Mnisi z Angkor WatMnisi z Angkor Wat – to zdjęcie jest o tym, że nic nie dzieje się przypadkowo.
Gdy zobaczyłam mnichów stojących w świątyni, wiedziałam że muszę im zrobić zdjęcie. Czaiłam się za kolumną i biłam się z myślami, że takie nagłe moje pojawienie się z aparatem może być naruszeniem ich prywatności. W końcu stan mnicha w Kambodży jest rzeczą świętą i każdy chłopiec powinien w swoim życiu choć przez tydzień pobyć mnichem. Więc stoję za kolumną i raz po raz zza niej wyglądam ukradkiem, w pewnym momencie zza niej wygląda mi na przeciw jeden z mnichów i się uśmiecha. Na ‚survival-english’ wyjaśniam, że chcę im zrobić zdjęcie, oni ustawiają się w rządku, jeden chce przejąć mój aparat, więc wyjaśniam, że nie sobie z nimi, a właśnie im i tak jak stali wcześniej. Są trochę zdziwieni, ale zdjęcie powstaje. Pokazuję na wyświetlaczu – są zadowoleni, uśmiechy, ukłony. Teraz jeden z nich wyciąga z sakw swój aparat i pokazuje, że on też chce zdjęcie ze mną na pamiątkę. Ja zdejmuję czapkę, staję obok, nie dotykam – pamiętam o tym, że mnich to osoba święta. Uśmiechamy się, dziękujemy sobie. Reszta osób z wycieczki przejmuje do wspólnych zdjęć ‚moich mnichów’.

Odchodzę zwiedzać dalej. Nieopodal jest punkt energetyczny ziemi – to mi wyjaśnia czemu tyle osób jest w kolejce by stanąć na kamiennym kręgu w środku korytarza. Postanawiam też na nim stanąć – w końcu czemu nie? W odróżnieniu od innych turystów ja zdejmuję obuwie, zamykam na chwilę oczy. Robię głęboki wdech i ogarnia mnie niesamowite uczucie, jakbym jechała windą w górę. Od stóp po czubek głowy czuję płynącą przeze mnie energię. Ot, faktycznie, jest to punkt energetyczny! Chciałabym zostać na dłużej, ale nie blokuję kolejki, zakładam buty i idę dalej. Włączony aparat nadal trzymam w ręce, odwracam się by zrobić zdjęcie tego miejsca i… okazuje się, że padła mi właśnie bateria. To nie możliwe, przecież ładuję ją każdego dnia! 5 minut temu była jeszcze cała. Ogarnia mnie wściekłość, przecież jestem tu tylko jeden dzień, dopiero co zaczęliśmy zwiedzanie obiektu, kto wie kiedy tu jeszcze wrócę, może już nigdy, tyle zdjęć nie zrobię przez tą głupią baterię. Podchodzą do mnie ‚moi mnisi’ – pytają się co się stało – wyjaśniam, oni chcą pomóc i proponują swoje akumulatory – nie, niestety, nie pasują. Jeden z nich na mnie patrzy, uśmiecha się i pyta czy faktycznie jest to coś złego i wartego denerwowania się. Chcę coś odpowiedzieć, ale nagle czuję, że napięcie znika. Uśmiecham się i kłaniam się w podziękowaniu, bo właśnie doznałam oświecenia.
Wypełnia mnie spokój i radość, bo czuję jak jeszcze nigdy dotąd, że jestem *tu* i *teraz*. Nie pozostało mi nic innego jak schować aparat do torby i rozkoszować się uzyskaną wolnością, podziwiać świątynię taką jaka jest, a nie zamykać się do wizjera polując na kadry i psiocząc na pchających się turystów z aparatami.

A do Kambodży – wiem, że kiedyś tam na pewno wrócę.